środa, 4 listopada 2026

O dziwnym roku 2026

    Ten 2026 to kurde dziwny rok jest.

    Nie ma wpisów na blogu, nie ma zbyt dużo jazdy motocyklem i nie ma planów na większy wyjazd. No co jest? Czy jazda na motocyklu mi się znudziła? Czy teraz "już tylko dom i ogródek i tak aż do śmierci?"

    Sam nie wiem. Od kwietnia dojeżdżam do pracy przez 5 dni w tygodniu na Hondzie, i mam z tego dużą frajdę. Cieszy mnie krótszy dojazd niż autem, bawię się jazdą jak zwykle, czuję się wspaniale wyprzedzając sznury aut czy jadąc delikatnie powyżej dozwolonej prędkości. Ale na weekendy jakoś mnie nie ciągnie gdzieś dalej. W miarę zbliżania się do gorącego lata zacząłem rozkminiać w którym kierunku by tu sobie gdzieś pojechać, bo przecież wakacje zwykłem spędzać na motocyklu, ale... Ale w majówkę wsiadłem na rower.

    Sam nie wiem co mnie do tego skłoniło, wszak ostatni raz na rowerze jeździłem chyba podczas epidemii Covid-19. Pamiętam za to potworny ból dupy, nieprzyzwyczajonej do siodełka rowerowego i absolutny brak kondycji. Zrobiłem krótką pętelkę wokół miasta i ratowałem się lodami z pobliskiej kawiarni, na tyle było mnie stać. Ale o dziwo się nie zniechęciłem i to frywolne wyjście pierwszego maja było początkiem całkiem fajnej przygody. 


1 maja 2026, wielki powrót na rower

    Zamiast zamknąć rower w głębokiej piwnicy, nieśmiało i z dużą dozą niepewności wychodziłem w maju kręcić. Pamiętam, że odzywały się kompleksy - a co jeżeli będzie mi widać gołą dupę, a co jak mój brzuch odstaje tak bardzo, że wyglądam kuriozalnie. Pomimo tego na drugiej przejażdżce było już lepiej, zrobiłem 17 km, na trzeciej 24 km. Obliczałem w głowie, że jeżeli tempo progresu się utrzyma to na koniec wakacji powinienem robić bez problemu trasę Ziemia - Księżyc, i to w dwie strony. :)

               Chyba 3 maja, 24 km.             

    W tej podróży w nieznane towarzyszyła mi szosa z Decathlonu zakupiona  w okolicach 2013 roku, za pierwsze zarobione pieniądze. Niestety tak jak moje ciało było zastane po latach siedzenia na dupie, tak samo dzielny Tribanek był kapryśny i wymagał mojej uwagi.

    Po pierwsze primo to już w pierwszym tygodniu jeżdżenia urwał mi się pedał i musiałem się jakoś doturlać do domu. Zamówiłem nowy komplet, ale nic mi było po tym skoro przykręciłem go zbyt słabo, a w efekcie wyrobił się gwint w korbie. Srogo wkurwiony znowu wracałem pchając rower i przeklinając siebie w duchu, że ciągle się wszystko sypie. W domu zamówiłem przez internet najtańszą korbę (nie chciałem wydawać zbyt dużo na nowe hobby, bo nie wiedziałem czy nie zarzucę nowej zajawki za tydzień).

       Chińskie pedały kontra korba zrobiona z bagietki (1:0 dla chinoli przyp. tłumacza)
 
    Wymiana korby pociągnęła za sobą zakup całej walizki potrzebnych i mniej potrzebnych narzędzi. Karta kredytowa była rozgrzana do czerwoności, oszczędności w pakiecie smart "going to the moon", kurier tylko pytał z nadzieją w głosie czy zamiast tych cholernych drzwi na domofon nie dałoby się zamocować jakichś obrotowych, żeby mu było łatwiej wjeżdżać pod moją nieobecność.
    Po rozebraniu supportu, zdjęciu korby i kasety wpadłem na jakże genialny plan umycia roweru pod prysznicem. No przecież wszystko ściągnięte, przecież to dobry pomysł. Prawda, że dobry??

     Rozpierdol w łazience był taki, że stwierdziłem, że jest to ostatnia kąpiel w życiu Tribanka xD. Tłusty smar był wszędzie, płytki śliskie, a ryzyko stłuczenia szklanej kabiny przypadkowym uderzeniem było zbyt duże. 

    Z samą wymianą części też nie było zbyt różowo, bo pomimo tego, żeobejrzałem masę tutoriali w sieci, to skończyło się jak zwykle. Zerwałem wielowypust w plastikowych wypustkach supportu. Doskonale pamiętam tę chwilę - w momencie naporu całym ramieniem na klucz poczułem jak coś się odkręca. Po bliższej inspekcji okazało się, że niestety nie support. W tym momencie udałem się do sklepu osiągnąć Nirvanę oraz stan Zen.

 *Nirvana oraz stan Zen osiągany jest przez autora wpisu po wypiciu 4 Miłosławów Chmielowych. - przyp. tłumacza
 

    Mój sprytny plan - dobra jak się zjebało to zaprowadzę najwyżej do serwisu - spełzł na panewce. Chłop obejrzał pobojowisko i stwierdził, że on to pierdoli, a tak w ogóle to on serwisuje markowe rowery i weź wypad Pan z tym szajsem z Decathlonu. Na szczęście w drugim serwisie, we Wrocławiu, już dali radę to odkręcić, ufff :)
    Pamiętam, że po wymianie całego napędu byłem w szoku jak lekko to wszystko chodzi oraz jak cichy jest mój rower, nic nie chrobocze, nic nie trze. Sielanka nie potrwała oczywiście zbyt długo, bo okazało się, że kupowanie części na pałę nie jest zbyt dobrym pomysłem - oryginalna przerzutka z Btwina nie obsługiwała kasety z tak ogromnymi zębatkami, a rozcentrowujące się tylne koło doprowadzało mnie do pasji, dlatego kupiłem nowy set.
  

 
Pierwsze 60 km, foto z obwodnicy Wrocławia. Wtedy nie wiedziałem, że będzie to jedna z moich ulubionych tras.

    Po pit stopach zacząłem budować pewność siebie wybierając się tam, gdzie mnie jeszcze nie było. To był istotny etap, bo zacząłem zauważać, że naprawdę sporo potrafię przejechać i świetnie się przy tym bawić. No i te wszystkie zrealizowane z sukcesem naprawy spowodowały, że wystarczyło napompować powietrze w kołach i cała okolica w promieniu 50 km była moja. Sam nie wiem skąd się to wzięło, ale wróciło zapomniane po latach uczucie chęci poznania co jest za następnym zakrętem albo kolejną miejscowością. Wiem, to śmiesznie brzmi, ale po latach cynizmu i szacowania czy warto coś zrobić zanim się opłaci, takie pójście na żywioł i powrót dziecięcej frajdy z odkrywania okolicy czy przełamywania granic mojego wątłego ciała była po prostu wspaniała, jak to smakowało! Sam smak rowerzyzmu. ;)

    Pomimo tego, że cieszyła mnie każda przejażdżka to był też hamulcowy z podświadomości, który czasem dochodził do głosu. Znam siebie, mam tendencję do impulsowego wkręcania się w hobby, żeby je finalnie spektakularnie rzucić. Dlatego z obawą czekałem aż przyjdzie moment mniejszej determinacji czy tam motywacji, ale ku mojemu zdziwieniu im więcej jeździłem tym więcej chciałem jeździć.
    Pomagała w tym ambicja - zaczynając od zera bardzo szybko pobijałem rekordy najdłuższej przejechanej trasy. To za sprawą ambicji pewnego pięknego, słonecznego poranka posmarowałem dwie bułki z miodem i wyruszyłem na trasę mającą na celu pobić rekordowy dystans 65 km ustanowiony w 2014 roku. Pamiętam ten dzień, stary rower MTB ważący tonę, spotkanie z koleżanką z klasy jako główny motywator i absolutne odcięcie nóg przy powrocie. A tym razem, ponad 10 lat później podobny dystans został zdobyty z nawiązką. Mało tego, pod koniec maja, po miesiącu regularnego kręcenia byłem w stanie przejechać swoją pierwszą stuwerkę, ale ja byłem z siebie dumny, stary chłop, a cieszyłem się jak dziecko. Niesamowite.   
Postój na bułkę z miodem na drodze prowadzącej do Chrząstawy
  
 
W drodze powrotnej przez Minkowice, zastanawiając się czy nogi naprawdę są w stanie dać radę na pierwszą stuwę.

    Przyszedł czerwiec, a mi dalej było mało. Jeździłem właściwie co drugi dzień, starałem się zwiększać dystans, ale ze względu na upały było to trudne. Mimo to, jakaś dziwna siła pchała mnie na rower, nawet jak na zewnątrz było palące słońce i temperatura ponad 30 stopni.
    Pamiętam jeden szczególny wyjazd gdy atakowałem 120 km i panujące wtedy potworne upały. Alerty RCB szturmowały mój telefon, ale miałem to sobie za nic, jakieś opętanie kazało pedałować, nie wiem czemu.¯\_(ツ)_/¯ 
    Mając w nogach jakieś 90 km i zjedzonego godzinę temu hotdoga w żołądku, zatrzymałem się w okolicznej altance. Planowałem 120km i miało być te cholerne 120km, determinacja była duża. Tak duża, że zignorowałem sygnały wysyłane przez ciało - nie byłem w stanie przełknąć ani kęsa jedzenia, a do tego pot lał się ze mnie niemiłosiernie. Teraz już wiem, że to było #przedbombie, ale wtedy to ja żem nie wiedział. Ignorancja połączona ze słodką naiwnością zdecydowała, że jadę, pomimo że bidonach pusto.         Ujechałem z dobre 15 km i konieczny był postój na przydrożnym cmentarzu (tak akurat się poetycko złożyło). Dobre 20 minut zgonowania i kontemplowania okolicznej roślinności,a później powrót tempem maks 15 km/h i przeklinanie siebie w duchu za tragiczną kondycję fizyczną. Szczęśliwie trafiłem na parę kolarzy, dziewczyna na rowerze była w podobnym stanie jak ja - a wiadomo, że wspólnie cierpi się mniej. :)
    Po powrocie do domu uczucie było inne. Cieszyłem się tym, że dotknąłem granicy swojej wydolności oraz, że zawróciłem gdy zrobiło się naprawdę ciężko. Moja domyślna reakcja - ciśnięcia do granicy ignorując sygnały wysyłane przez ciało chyba nie jest najlepsza. Muszę. Chcę nauczyć się odpuszczać. Przecież to była zwykła przejażdżka, a nie prestiżowy wyścig. Spokojnie można było schować dumę do kieszeni i powiedzieć:
- stary, dzisiaj taki upał, dawaj do domu, na dzisiaj wystarczy. 
    A tak w ogóle, to w czerwcu przejechałem 795 km i jestem... I jestem z siebie dumny. Ciężko przychodzi mi napisanie tego, ale tak, to największy dystans przejechany przeze mnie w jakimkolwiek miesiącu. Jeździłem właściwie co drugi dzień, pilnowałem diety oraz nie piłem w ogóle alkoholu. Byłoby 800, ale niestety zaczęło odzywać się kolano i zwyciężył rozsądek. I... I z tego też jestem... cholera DUMNY.
    W lipcu przydarzyła mi się zabawna historia. Chciałem spróbować przejechać drugą w życiu stówkę, tym razem nie korzystając z gościny rodziców na trasie, tak po prostu bez dłuższego postoju, jedynie uzupełnianie płynów i jedzenia w sklepach po drodze. Jechałem akurat przez swoje rodzinne strony, przystanąłem na batonika oraz picie na boisku lokalnego klubu piłkarskiego. Trafiłem na koszenie murawy, facet obsługujący kosiarkę też się zatrzymał i chwile sobie pogadaliśmy. Łatwo było załapać kontakt, bo wychowałem się na takiej malutkiej wsi, gdzie niedzielny mecz piłkarski to była jedyna rozrywka. W każdym razie, już miałem się zbierać, a tu nagle chłop się pyta czy bym mu po piwko nie skoczył do sklepu, bo na na tym upale to już dłużej nie pociągnie na samej wodzie :D Po krótkim instruktarzu, gdzie znajduje się "sklep u Luśki" i przekazaniu mi funduszy, udałem się do lokalnego sklepu po dwa piwka tradycyjne (bo takie Pan pija). Wróciłem, zostawiłem piwka oraz resztę pod drzewem, pomachałem kosiarzowi na pożegnanie i kręciłem z bananem na twarzy do domu.
 

Jedno z najlepszych zdjęć sezonu, nie umiem na nie spojrzeć i się nie uśmiechnąć.

    Lipiec był dosyć deszczowy, bywały takie tygodnie, że prawie cały czas padało, ale jak tylko pojawiło się króciutkie okienko pogodowe to starałem się je wykorzystać. Poniższe zdjęcia poniżej pochodzą z tego samego dnia, ale pokazują niebo po dwóch stronach tej samej drogi. I jestem dumny, że wyszedłem tego dnia na rower.

Co widzi optymista?

      A co pesymista... 

    Innym razem się nie udało i złapała mnie na trasie ulewa, uczucie spływającej wody i zalewającej oczy/okulary było nie do opisania. Innym znowu razem odkrywałem tereny na południe od Oławy i trafiłem na tragiczny asfalt Piskorzowski/Śleszowski. Byłem zaskoczony ile frajdy można było wykrzesać ze starego roweru, to niesamowite jakie zmiany w mojej głowie wywołał "głupi" rower.

 


 


    Podczas jazdy zdarzało mi się odwiedzać miejsca, w których nie było mnie dobre 10-15 lat. Wracały wspomnienia z dzieciństwa, gdy jeździłem po tych wioskach z kolegami albo sam. Zdarzało się nawet, że pamiętałem tragicznej jakości asfalt (np. kawałek Smolna - Zbytowa) i okazywało się, że on taki  tragiczny jest aż do dzisiaj. Jazdy przez wioski w których dorastałem były bardzo przyjemne, bo przypominały mi się dawno zapomniane wspomnienia - o tutaj graliśmy kiedyś mecz, o a tutaj Widawa, gdzie spędzaliśmy wakacje na kąpieli w rzece. Jezu jak to zarosło, ciekawe kiedy ktoś ostatni raz się tu kąpał. I tak dalej...

 
  
 

   Przejechałem ponad dwa tysiące kilometrów od maja do sierpnia. Ciepłe miesiące spędziłem na rowerze, zdarzało się nawet 16h tygodniowo na zewnątrz, chłonąc ciepło ze słońca. Kurde, jaki ja opalony byłem tego lata, coś pięknego. Zaskakujące jak spontaniczna decyzja może na nas wpłynąć, wystarczy tylko dać się jej ponieść. Może organizm sam wie czego potrzebuje i wysyła sygnały, ale w dzisiejszej gonitwie i przebodźcowaniu ciężko te sygnały usłyszeć?

    Zacząłem ten wpis od zastanawiania się czy gdzieś w tym roku chciałbym pojechać na wakacje. No i już wiem, że chciałbym gdzieś pojechać na wakacje i wynająć tam rower, pokazać środkowy palec jesieni i kręcić kilometry, gdy w Polsce będzie chłodno. 

    W sumie to podobny plan do motocyklowych wakacji - też jazda przed siebie, przewijający się krajobraz i bycie ze swoimi myślami sam na sam. Tylko, że na rowerze czuje się to wszystko jakoś tak bardziej. Wysiłek fizyczny sprawia, że docenia się to jakoś inaczej. I nie jest tak, że na motocykl się obraziłem i już nie będę jeździł, po prostu moje serce w tej chwili potrzebuje roweru. 
 

    I chyba właśnie tego nauczył mnie ten dziwny rok – czasem warto po prostu dać się ponieść.



O dziwnym roku 2026

     Ten 2026 to kurde dziwny rok jest.      Nie ma wpisów na blogu, nie ma zbyt dużo jazdy motocyklem i nie ma planów na większy wyjazd. No...