Ten 2026 to kurde dziwny rok jest.
Nie ma wpisów na blogu, nie ma zbyt dużo jazdy motocyklem i nie ma planów na większy wyjazd. No co jest? Czy jazda na motocyklu mi się znudziła? Czy teraz "już tylko dom i ogródek i tak aż do śmierci?"
Sam nie wiem. Od kwietnia dojeżdżam do pracy przez 5 dni w tygodniu na Hondzie, i mam z tego dużą frajdę. Cieszy mnie krótszy dojazd niż autem, bawię się jazdą jak zwykle, czuję się wspaniale wyprzedzając sznury aut czy jadąc delikatnie powyżej dozwolonej prędkości. Ale na weekendy jakoś mnie nie ciągnie gdzieś dalej. W miarę zbliżania się do gorącego lata zacząłem rozkminiać w którym kierunku by tu sobie gdzieś pojechać, bo przecież wakacje zwykłem spędzać na motocyklu, ale... Ale w majówkę wsiadłem na rower.
Sam nie wiem co mnie do tego skłoniło, wszak ostatni raz na rowerze jeździłem chyba podczas epidemii Covid-19. Pamiętam za to potworny ból dupy, nieprzyzwyczajonej do siodełka rowerowego i absolutny brak kondycji. Zrobiłem krótką pętelkę wokół miasta i ratowałem się lodami z pobliskiej kawiarni, na tyle było mnie stać. Ale o dziwo się nie zniechęciłem i to frywolne wyjście pierwszego maja było początkiem całkiem fajnej przygody.

1 maja 2026, wielki powrót na rower
Zamiast zamknąć rower w głębokiej piwnicy, nieśmiało i z dużą dozą niepewności wychodziłem w maju kręcić. Pamiętam, że odzywały się kompleksy - a co jeżeli będzie mi widać gołą dupę, a co jak mój brzuch odstaje tak bardzo, że wyglądam kuriozalnie. Pomimo tego na drugiej przejażdżce było już lepiej, zrobiłem 17 km, na trzeciej 24 km. Obliczałem w głowie, że jeżeli tempo progresu się utrzyma to na koniec wakacji powinienem robić bez problemu trasę Ziemia - Księżyc, i to w dwie strony. :)
Chyba 3 maja, 24 km.
W tej podróży w nieznane towarzyszyła mi szosa z Decathlonu zakupiona w okolicach 2013 roku, za pierwsze zarobione pieniądze. Niestety tak jak moje ciało było zastane po latach siedzenia na dupie, tak samo dzielny Tribanek był kapryśny i wymagał mojej uwagi.
Po pierwsze primo to już w pierwszym tygodniu jeżdżenia urwał mi się pedał i musiałem się jakoś doturlać do domu. Zamówiłem nowy komplet, ale nic mi było po tym skoro przykręciłem go zbyt słabo, a w efekcie wyrobił się gwint w korbie. Srogo wkurwiony znowu wracałem pchając rower i przeklinając siebie w duchu, że ciągle się wszystko sypie. W domu zamówiłem przez internet najtańszą korbę (nie chciałem wydawać zbyt dużo na nowe hobby, bo nie wiedziałem czy nie zarzucę nowej zajawki za tydzień).
Rozpierdol w łazience był taki, że stwierdziłem, że jest to ostatnia kąpiel w życiu Tribanka xD. Tłusty smar był wszędzie, płytki śliskie, a ryzyko stłuczenia szklanej kabiny przypadkowym uderzeniem było zbyt duże.
Z samą wymianą części też nie było zbyt różowo, bo pomimo tego, żeobejrzałem masę tutoriali w sieci, to skończyło się jak zwykle. Zerwałem wielowypust w plastikowych wypustkach supportu. Doskonale pamiętam tę chwilę - w momencie naporu całym ramieniem na klucz poczułem jak coś się odkręca. Po bliższej inspekcji okazało się, że niestety nie support. W tym momencie udałem się do sklepu osiągnąć Nirvanę oraz stan Zen.
*Nirvana oraz stan Zen osiągany jest przez autora wpisu po wypiciu 4 Miłosławów Chmielowych. - przyp. tłumacza
Po pit stopach zacząłem budować pewność siebie wybierając się tam, gdzie mnie jeszcze nie było. To był istotny etap, bo zacząłem zauważać, że naprawdę sporo potrafię przejechać i świetnie się przy tym bawić. No i te wszystkie zrealizowane z sukcesem naprawy spowodowały, że wystarczyło napompować powietrze w kołach i cała okolica w promieniu 50 km była moja. Sam nie wiem skąd się to wzięło, ale wróciło zapomniane po latach uczucie chęci poznania co jest za następnym zakrętem albo kolejną miejscowością. Wiem, to śmiesznie brzmi, ale po latach cynizmu i szacowania czy warto coś zrobić zanim się opłaci, takie pójście na żywioł i powrót dziecięcej frajdy z odkrywania okolicy czy przełamywania granic mojego wątłego ciała była po prostu wspaniała, jak to smakowało! Sam smak rowerzyzmu. ;)
Pomimo tego, że cieszyła mnie każda przejażdżka to był też hamulcowy z podświadomości, który czasem dochodził do głosu. Znam siebie, mam tendencję do impulsowego wkręcania się w hobby, żeby je finalnie spektakularnie rzucić. Dlatego z obawą czekałem aż przyjdzie moment mniejszej determinacji czy tam motywacji, ale ku mojemu zdziwieniu im więcej jeździłem tym więcej chciałem jeździć.
Mając w nogach jakieś 90 km i zjedzonego godzinę temu hotdoga w żołądku, zatrzymałem się w okolicznej altance. Planowałem 120km i miało być te cholerne 120km, determinacja była duża. Tak duża, że zignorowałem sygnały wysyłane przez ciało - nie byłem w stanie przełknąć ani kęsa jedzenia, a do tego pot lał się ze mnie niemiłosiernie. Teraz już wiem, że to było #przedbombie, ale wtedy to ja żem nie wiedział. Ignorancja połączona ze słodką naiwnością zdecydowała, że jadę, pomimo że bidonach pusto. Ujechałem z dobre 15 km i konieczny był postój na przydrożnym cmentarzu (tak akurat się poetycko złożyło). Dobre 20 minut zgonowania i kontemplowania okolicznej roślinności,a później powrót tempem maks 15 km/h i przeklinanie siebie w duchu za tragiczną kondycję fizyczną. Szczęśliwie trafiłem na parę kolarzy, dziewczyna na rowerze była w podobnym stanie jak ja - a wiadomo, że wspólnie cierpi się mniej. :)
Jedno z najlepszych zdjęć sezonu, nie umiem na nie spojrzeć i się nie uśmiechnąć.
Lipiec był dosyć deszczowy, bywały takie tygodnie, że prawie cały czas padało, ale jak tylko pojawiło się króciutkie okienko pogodowe to starałem się je wykorzystać. Poniższe zdjęcia poniżej pochodzą z tego samego dnia, ale pokazują niebo po dwóch stronach tej samej drogi. I jestem dumny, że wyszedłem tego dnia na rower.
Co widzi optymista?
Innym razem się nie udało i złapała mnie na trasie ulewa, uczucie spływającej wody i zalewającej oczy/okulary było nie do opisania. Innym znowu razem odkrywałem tereny na południe od Oławy i trafiłem na tragiczny asfalt Piskorzowski/Śleszowski. Byłem zaskoczony ile frajdy można było wykrzesać ze starego roweru, to niesamowite jakie zmiany w mojej głowie wywołał "głupi" rower.
Przejechałem ponad dwa tysiące kilometrów od maja do sierpnia. Ciepłe miesiące spędziłem na rowerze, zdarzało się nawet 16h tygodniowo na zewnątrz, chłonąc ciepło ze słońca. Kurde, jaki ja opalony byłem tego lata, coś pięknego. Zaskakujące jak spontaniczna decyzja może na nas wpłynąć, wystarczy tylko dać się jej ponieść. Może organizm sam wie czego potrzebuje i wysyła sygnały, ale w dzisiejszej gonitwie i przebodźcowaniu ciężko te sygnały usłyszeć?
Zacząłem ten wpis od zastanawiania się czy gdzieś w tym roku chciałbym pojechać na wakacje. No i już wiem, że chciałbym gdzieś pojechać na wakacje i wynająć tam rower, pokazać środkowy palec jesieni i kręcić kilometry, gdy w Polsce będzie chłodno.
W sumie to podobny plan do motocyklowych wakacji - też jazda przed siebie, przewijający się krajobraz i bycie ze swoimi myślami sam na sam. Tylko, że na rowerze czuje się to wszystko jakoś tak bardziej. Wysiłek fizyczny sprawia, że docenia się to jakoś inaczej. I nie jest tak, że na motocykl się obraziłem i już nie będę jeździł, po prostu moje serce w tej chwili potrzebuje roweru.
I chyba właśnie tego nauczył mnie ten dziwny rok – czasem warto po prostu dać się ponieść.













