Sea Power - From the Sea to the Land Beyond
https://youtu.be/wYSCVoMBeLM?si=wI8p4e9_Y1u6D8ZX
Sea Power - From the Sea to the Land Beyond
https://youtu.be/wYSCVoMBeLM?si=wI8p4e9_Y1u6D8ZX
Patrząc na wpis z zeszłorocznej wycieczki zagranicznej, poraża mnie ilość słów wklepanych z pomocą klawiatury. Wydaje się, że pamiętałem każdy, najdrobniejszy nawet szczegół. Jest grudzień, od ostatniej wycieczki minęło z 4 miesiące i wiem, że ten wpis będzie znacznie krótszy. I nie dlatego, że mi się nie podobało. Po prostu jakoś tak wyszło :)
Właściwie to do samego wyjazdu miotałem się czy w ogóle jechać, a jak już jechać to w jakie miejsce. Ambicja podpowiadała mi pojechać gdzieś daleko, miałem w końcu sporo urlopu do wykorzystania. Marzyła mi się Portugalia, ale ostatecznie spękałem. Sam nie wiem czemu, po prostu jak usiadłem na motocyklu to stwierdziłem, że z Portugalii nici. Mogłem się ze sobą siłować, tylko po co? Finalnie padło na Francję i nie czuję niedosytu.
W locie zmieniłem plany i stwierdziłem, że pojadę do Paryża, z lekkim rozszerzeniem wycieczki o miejsca w jakich lądowali alianci podczas dawania łupnia Hitlerowi w 1944 roku. Ciekawiło mnie, czy plaże Omaha czy Juno wyglądają tak jak to przedstawiają na filmach, no i jak ma się to współcześnie. Dodatkowo, w 2024 w Paryżu odbywały się Igrzyska Olimpijskie, a moja podróż zaczynała się pod koniec tej imprezy. Chciałem sprawdzić, czy zostanie jakiś ślad o miejscach widzianych z TV.
Z tego co widzę po zdjęciach w telefonie wystartowałem 17 sierpnia, w sobotę. O ile dobrze pamiętam, obrałem kierunek na Zgorzelec/Drezno i dalej w kierunku zachodu. Pierwszy nocleg był chyba w miejscowości Erbach, w Niemczech, po przejechaniu ~750 km. Google maps podpowiadało mi trasę na kamping, ale co dziwne jadąc minąłem dwa znaki "zakaz wjazu" z jakąś adnotacją w ich języku. Nie wiem co to znaczyło i tak chciałem się tłumaczyć przed policmajstrami przy ewentualnej kontroli. Przy opłacaniu parceli musiałem wypełnić kilka podstawowych informacji - na przygotowanym druku trzeba było wskazać kraj pochodzenia. Niemcy, Hiszpania, Anglia, Dania. Nie ma Polski, a przecież jesteśmy najbliższym sąsiadem. Miałem wrażenie, że ten starszy gość nie jest zbyt przychylnie do nas Polaków nastawiony. :) Na polu namiotowym sami Niemcy, jedzą grillowane wursty i piją piwo. Jest grupka młodych ludzi z gitarami, jak kładłem się spać towarzyszyły mi ogniskowe piosenki.
Następnego dnia wczesna pobudka i klasyka - wita mnie deszcz. Prognoza mówi, że ma padać przez większość dnia, więc zaciskam zęby, dopinam wszelkie zamki i ruszam. Dzisiaj niedziela, więc jedynie gdzie będę mógł kupić jakiś prowiant to na stacjach paliw. Pamiętam, że padało przez większość dnia i humor miałem średni. Zwykłe wysikanie się to operacja na kilka minut bo muszę znaleźć ustronne miejsce, zdjąć kilka warstw i zrobić swoje. Po przekroczeniu granicy Luksemburg - Niemcy doznaję szoku widząc cenę paliwa na totemie. Tankuję cały garnek i na chwile wychodzi słoneczko, jest fajnie. Mam trochę stracha, że dzisiaj niedziela i może być cieżko znaleźć pole namiotowe o tej godzinie, ale okazuje się (jak zwykle, cykor ze mnie :)), że obawy były bezzasadne. Przejeżdzam prawie cały Luksemburg z południa na północ. Stolica tego kraju, w niedzielne popołudnie sprawia wrażenie jakby jakiś dziwny wirus wybił populację do kilku osób. Jest tu bardzo czysto. Przy chodnikach stoją drogie samochody, sporo budynków jest przeszklonych przez co wyglądają bardzo drogo. Na drogach jest sporo ograniczeń, w miastach przeważa 30 km/h, a poza terenem zabudowanym rzadko kiedy pojedziemy więcej niż 70km/h. Nocuję na kampingu w Clervaux, w Luksemburgu. Mapa mówi 350km, ale licznikowo wyszło z 460.Właściciel pola namiotowego jest bardzo ok, ciągle żartował przy moim check-inie. Zauważyłem, że ma małą zamrażarkę i lodówkę - wychodzę cięższy o loda na patyku i puszkę coli, a lżejszy o garść eurasków. O poziomie życia w Luksemburgu niech powie jedno - właściciel pola namiotowego namiętnie grywa w golfa.
Idę się rozbić i wygląda na to, że zapowiada się super wieczór - temperatura się sporo podniosła, bo od 15 świeci słońce, jest bardzo przyjemnie. Okazuje się, że parcelę mam przy samej rzeczce, można nawet wypożyczyć wędki żeby połowić. Obok mnie nocują dwie grupki rowerzystów, jedni około 20 lat, drudzy około 50.
Rano szybka toaleta i pakuję się cichaczem, bo większość kamperowców jeszcze śpi. Szybka herbata na rozgrzanie i jadę. Postanawiam, że śniadanie zjem w drodze. Poranek jest rześki, dziękuję sobie, że założyłem podpinkę pod kurtkę. Zatrzymuję się w miejscowości Bastogne. Znajduje się tutaj muzeum, które mnie interesuje, ale otwarte dopiero od 10 czy 11. Szukam jakiejś kawiarni/piekarni, wybieram coś na chybił trafił w rynku. I trafiam wyśmienicie, kawa przepyszna, a sernik, że palce lizać. Od razu lepszy humor. Siedząc przy stoliku przyglądam się innym śniadającym, o dziwo są dwa stoliki na których leżą croissanty. No dobra, to jeszcze nie jest dziwne, dziwne jest to, że te rogaliki są przepijane belgijskim piwem. Jakby mi ktoś to opowiedział, to bym nie uwierzył. :)
Zatrzymuję się w jakiejś losowej miejscowości, bo zauważam urokliwą, starą architekturę. Pomimo tego, że przechodził przecież tędy front to zachowało się sporo takich miejsc.
Kolejnego dnia zaplanowałem zwiedzanie, chcę odwiedzić centrum i wiadomo zobaczyć Wieżę Eiffel'a i inne banały. Do centrum planuję się dostać dzięki kolei podmiejskiej. Niestety jakieś dziwne mają te automaty biletowe, trzeba wklepać stację odjazdu i przyjazdu - na tej podstawie system naliczy opłatę. Tylko, że to za bardzo nie działało, zarówno ja jak i czteroosobowa rodzinka Niemców kupiliśmy bilety w ciemno. Oby się tylko otworzyły bramki przy wysiadaniu :D
W pociągu jest bardzo kolorowo, społeczeństwo Francuskie jest już tak wymieszane, że Polaka to dziwi, a dla nich już chyba normalne. No i to co na pewno zwróciło rzuciło mi się w oczy to uwaga z jaką starannością kobiety podchodzą do swoich stylizacji. Mam porównanie z dużymi miastami w Polsce, ale to nie jest ten poziom, zdecydowanie. W końcu stolica Mody czy coś. Tak słyszałem.
Dojeżdzam do centrum i robię sobie pamiątkową fotkę przy Łuku Triumfalnym. Szkoda, że ciągle jest tam tak intensywny ruch samochodowy i ciężko o zdjęcie bez aut.
Dnia 17.08 chłop wybiera się na wycieczkę na zachód. Co go czeka, czas pokaże.
Mood tego typu (Stone Roses - I Am The Resurrection)
// Zaniedbałem ostatnio blogowanie, wychodzi słomiany zapał. Dlatego wpis z dwumiesięcznym opóźnieniem względem wydarzeń.
W czerwcu wybrałem się na małą wycieczkę do Zieleńca z powrotem Drogą Stu Zakrętów. Sama droga prowadząca z Kudowy do Radkowa była w zeszłym roku zamknięta, z powodu remontu. Byłem ciekaw ile się zmieniło. Pamiętam swoje rozczarowanie, widząc na mapie tak atrakcyjną nazwę widziałem piękną drogę z wijącymi się wąwozami i stromymi zjazdami/podjazdami.
A co zastałem podczas mojego pierwszego przejazdu chińską 125-tką? Dziurę na dziurze... I las, właściwie cała trasa przebiega przez las i z widoczków nici. Mimo wszystko, mam jakiś sentyment do wycieczek do Zieleńca i powrotów w/w drogą.
A więc w czerwcu wybrałem się swoją Hondą w pewne niedzielne popołudnie. Pamiętam, że jechało się całkiem przyjemnie, ale miałem pewne wrażenie, że coś jest nie w porządku. Ze znanym sobie zaufaniem we własne umiejętności, przeklinałem się w duchu, że jestem bardzo zastany po sezonie. Brak ćwiczeń przy niskich prędkościach na placu manewrowym, brak wyjazdu do Kisielina na tor itd.
Podczas powrotu z całej wycieczki, gdy przez większość czułem w kościach, że coś jest nie tak...
Na pewnym zakręcie poczułem jak spod dupy wyjeżdza mi tył. Takie dziwne uczucie jakby się spadało w przepaść podczas zasypiania, coś podobnego. Mega nieprzyjemna rzecz.
Zatrzymałem się w okolicznym rowie, po oględzinach wszystko wydawało się ok. Tylko strach przed skręcaniem pozostał. Ostatnie 30 km przejechałem jak totalny dziad, spięty, z prędkością około 40 km/h. Cały czas zastanawiałem się o co chodzi, dlaczego motocykl prowadzi się tak beznadziejnie.
Kolejne najbliższych dni spędziłem na znalezieniu usterki. Podejrzewałem niskie ciśnienie w oponach, zły naciąg łańcucha, pęknięcie jakiejś części zawieszenia. I robiłem kilkukrotnie jazdy testowe, czasami wydawało mi się, że klocki hamulcowe trzymają tarcze, innym razem miałem wrażnie, że wszystko działa super.
Mijały dni, a ja mądrzejszy nie byłem. Zdecydowałem się na oddanie motoru do serwisu. Zostało wymienione:
- łożysko głowki ramy,
- olej + uszczelniacze w lagach z przodu,
- opony przód tył na Michelin Road 5.
Po takim serwisie byłem znacznie spokojniejszy, a portfel znacznie szczuplejszy o stosik gotówki...
Okazało się, że przyczyną beznadziejnego prowadzenia był stary, przepracowany olej w lagach. Nabiło duże ciśnienie w układzie i przedni zawias praktycznie nie pracował. Przy okazji zrobiło się kilka innych rzeczy.
Mood tego typu:
Motka Fesler - Nie było nas
Rok temu sezon motocyklowy zaczynałem w połowie maja. Bardzo chciałem zrobić zdjęcie nowego motocykla na tle rzepaku, żółte kwiaty bardzo fajnie komponują się z czarnym motocyklem. Niestety się nie udało.
W tym roku, przez anomalie pogodowe, rzepak kwitnie już na początku kwietnia, ale ostatnio były przymrozki więc ciężko znaleźć kwiaty o dużej intensywności. Ostatnio widziałem, że rolnicy koszą nawet rzepak na kiszonkę, próbują ratować co można przez niepogodę.
No ale w końcu 28 kwietnia, chyba już na ostatni gwizdek, udało się strzelić kilka fotek.
Małe marzenie motocyklowe spełnione.☺
Sea Power - From the Sea to the Land Beyond https://youtu.be/wYSCVoMBeLM?si=wI8p4e9_Y1u6D8ZX